Niekoniecznie piękny, z niekoniecznie fajną historią. Ale zostawcie do cholery ten pomnik

Codziennie płacimy podatki – warto przy tej okazji pomyśleć chwilę o tym, że te w części trafiają do kieszeni polityków. I uwierzcie mi, że gdy ci znajdują swój dobrze opłacany czas na to, by kłócić się o zasadność istnienia akurat takiego pomnika jak ten w Rzeszowie – coś się dzieje. I niestety, ale dzieje się bardzo źle.

Politycy wszelkiej maści i z każdej możliwej opcji mają do siebie to, że są od rzeczywistości nieco oderwani. Dla nich liczy się to, czy wyborcy dadzą im mandat w kolejnym plebiscycie, albo to czy kolega (który w politycznej hierarchii znajduje się wyżej) na wypadek „fuckupu” pomoże im w utrzymaniu się na powierzchni. Są oczywiście też tacy, którym na losie szarego człowieka zależy, ale oni należą do bardzo nielicznych. Cóż, trzeba się z tym pogodzić – tak będzie już zawsze.

Oderwanie od rzeczywistości polityków przejawia się w przeróżnych sytuacjach i niestety, ale batalia o rzeszowski pomnik – niezbyt piękny i nawiązujący do co tu dużo mówić – zbrodniczego ustroju jest jedną z takich. Bo czy to nie jest odrobinę głupie, że to politycy chcą regulować to, co będziemy oglądać dojeżdżając do pracy lub przechadzając się po ulicach miasta?

Pomnik Czynu Rewolucyjnego – wyobrażacie sobie Rzeszów bez niego?

Są pomniki i „pomniki”

Załóżmy, że w Rzeszowie znajduje się pomnik dajmy na to… Lenina. Doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że taka atrakcja do naszych czasów by się nie uchowała, ale traktujmy tę sytuację jako czysto „hipotetyczną”. Na pewnej ulicy Włodzimierz swoim wypełnionym rewolucją wzorkiem spogląda na mieszkańców idących do pracy, do szkoły, do sklepu… jaką funkcję spełnia? Trudno powiedzieć, bo Wołodia „tylko” sobie stoi, przypominając przy okazji, że w Polsce kiedyś de facto rządziła Moskwa. Skoro funkcjonuje ustawa dekomunizacyjna, to i Wołodia powinien zostać stamtąd usunięty – raczej mało kto by protestował. I dobrze!

Z Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego, który nazywany jest przez grzeczniejszych mieszkańców „uszami zakopanego zająca”, albo przez tych mniej grzecznych „wielką ci*ą”) jest troszeczkę inaczej. Mimo trwającej od 1989 roku tendencji do niszczenia wszystkiego, co kojarzy się ze zbrodniczym ustrojem, ten akurat uchował się i dopiero po niemal 30 latach od oficjalnego końca komuny w Polsce przypomniano sobie o tym, że ma on niebagatelny z nim związek i w sumie dobrze by było go wyburzyć.

To też zburzmy. Bo „dekomunizacja”!

Pomniki trzeba burzyć mądrze

Politycy, którzy widocznie dysponują zbyt dużą ilością czasu zaczynają się nudzić. W połączeniu z większym lub mniejszym oderwaniem od rzeczywistości są w stanie wpadać w przeróżne pomysły – niestety wyburzenie Pomniku Czynu Rewolucyjnego to jeden z gorszych. Likwidacja obiektu, który przez naturalne procesy w społeczeństwie wrósł niezwykle mocno w urbanistyczną tkankę to na moje oko zachowanie, które przystoi bardziej Talibom, niż politykom, którzy rzeczywiście martwią się o obecność „pomników komunizmu” w Polsce.

Dla mieszkańców Rzeszowa ów pomnik wcale nie przypomina komunistycznych czasów – stanowi stały element na pocztówkach, czy ogólnych grafikach dotyczących Rzeszowa. Jeżeli chce się komuś przekazać grafikę, która będzie jednoznacznie kojarzona z naszym miastem, to ten pomnik będzie musiał tam się znaleźć. Bez niego zidentyfikowanie Rzeszowa będzie nieco utrudnione: Warszawa ma PKiN (z którym też są pewne problemy), Kraków ma Wawel, Poznań ma koziołki, a Rzeszów ma… pomnik.

Gdyby pójść konsekwencją polityków będących za wyburzeniem pomnika, to należałoby zlikwidować również budynek Urzędu Wojewódzkiego według projektu Ludwika Pisarka – przecież to jak się patrzy nawiązanie do zbrodniczego ustroju i socrealizm pełną gębą. Ale o tym nikt nie mówi – pomnik poza głosami rozsądku niektórych polityków oraz mieszkańców pozostaje niemy. Przeciwko zburzeniu Urzędu Wojewódzkiego będą krzyczeć tłumy i… budżet, w którym należałoby uwzględnić dla niego zastępstwo.

Pomnik Czynu Rewolucyjnego
Pytanie za 100 punktów: umawiasz się „przy studni”, czy „pod wielką”?

Przykro mi to powiedzieć – biedny, rzeszowski pomnik został drugoplanowym bohaterem politycznej wojny

Obowiązujący obecnie sposób uprawiania polityki zakłada mierzenie się i rozprawianie się z „demonami przeszłości”. Już pal licho z tym, że większość z nich umarła śmiercią naturalną i przy okazji wskrzesza się kolejne tylko po to, aby było z kim prowadzić batalie. Dlatego też w obecnym dyskursie skupionym wokół polityki używa się takich określeń jak „targowica”, „lewaki”, „oszołomy”, „komuniści”, „socjaliści”, „czerwoni”. Jakkolwiek byśmy na politykę nie patrzyli, to wszelkie podziały są płynne i uzależnione są ni mniej ni więcej od tego… gdzie komu aktualnie będzie „dobrze”.

I jako że społeczeństwo oprócz chleba, potrzebuje również igrzysk – za jednego z bohaterów walki z „demonami przeszłości” uznano właśnie niepozorny, nieco podniszczony pomnik. Nie jest on ani piękny, ani funkcjonalny – udało mu się jednak wrosnąć w miejską tkankę tak bardzo, że większość mieszkańców Rzeszowa sobie bez niego nie wyobraża. Przeciwni jemu politycy natomiast tak bardzo oderwali się od rzeczywistości, że widzą w nim symbol komunizmu. Tyle, że to społeczna świadomość często warunkuje to, co konkretny symbol oznacza: dawno, dawno temu swastyka wieściła szczęście, a dziś kojarzy się ją głównie ze zbrodniami marnego austriackiego malarza.

Grafika tytułowa: By Lowdown (Own work) [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

About the author