Uważajcie. Jeden taki „gnojek” o mało nie zabił mojego ojca

Pewnie wielu z Was zastanawiało się, co stało się z projektem Nasz Rzeszów, prawda? Na pewne rzeczy nie ma dobrego usprawiedliwienia: NR to mimo wszystko moje czysto hobbystyczne przedsięwzięcie, na które w pewnym momencie brakło mi czasu oraz „pary”. Wiele z tym wspólnego miało to, co działo się w ostatnim czasie z moim ojcem. Finał tej historii jest na szczęście „happy endem”, choć do pełni szczęścia czeka nas jeszcze długa droga.

Ten tekst piszę dla Was głównie dlatego, że każdego z Was może spotkać podobna historia. Wystarczy, że będziecie (albo mieliście już) bliskie spotkanie z bardzo nieprzyjemnym żyjątkiem: kleszczem. Ten pajęczak znany jest nie tylko z tego, że gdy zobaczymy go wbitego w naszą skórę – powinniśmy czym prędzej się go pozbyć: oczywiście w najbezpieczniejszy dla nas sposób. Kleszcz ponadto przenosi choroby – w tym niedocenianą nawet przez lekarzy boreliozę zwaną „wielkim imitatorem”.

Maj 2017 roku – czyli początek kłopotów

Głównym bohaterem tej historii jest Wojtek – mój ojciec, który dalej będzie wywoływany „po imieniu”. Wcześniej człowiek mega-aktywny, z wielkimi planami, mnóstwem dobrej energii. Ponadto – mój doskonały przyjaciel. W ciągu ostatnich lat dotarliśmy się na tyle, że mogę powiedzieć, iż Wojtek – mój ojciec to dodatkowo mój najlepszy przyjaciel. Jeden za drugiego w ogień by skoczył: ale gdy trzeba, to opieprzy z góry na dół.

Wojtek w maju 2017 roku „złapał” kleszcza. Ten wgryzł się w niego w okolicy brzucha – mało tego, wystąpił klasyczny dla początku tej choroby rumień wędrujący (erythema migrans), który zniknął po około tygodniu. W międzyczasie, po moich namowach ojciec udał się do lekarza, gdzie otrzymał antybiotyk (azytromycyna) jedynie na trzy dni. Wtedy uważaliśmy, że sprawa jest „załatwiona” i w kwestii chorób odkleszczowych jesteśmy „czyści”.

Tata nie pamięta, aby poza rumieniem działo się coś bardzo złego – jednak po kilku miesiącach zaczął wyraźnie podupadać na zdrowiu. Na porządku dziennym było ciągłe zmęczenie – nasiliły się również bóle pleców spowodowane przez typowe dla jego wieku zwyrodnienia kręgosłupa. Wcześniej już narzekał na niskie ciśnienie – odkąd pamiętamy Wojtek był tzw. „niskociśnieniowcem”: po ugryzieniu kleszcza spadki były natomiast bardzo poważne. Szczególnie po zmianie pozycji z siedzącej / leżącej na stojącą. Zdarzały się omdlenia, między innymi w nocy, gdy człowiek zbudzony potrzebą udawał się „na posiedzenie”. Nietolerancja niskich i wysokich temperatur również była niepokojąca.

Pojawiły się również zaburzenia związane z ogólnym samopoczuciem – ciągłe zmęczenie, brak „chęci do życia”, a także objawy nerwicowe spowodowały, że zdarzały się także wizyty u specjalistów dbających o zdrowie psychiczne pacjentów. Diagnoza? Nerwica.

borelioza

Rajd po lekarzach – każdy miał swoją diagnozę

Wkrótce zaczęły się inne problemy. Urolog twierdził, że zaburzenia układu moczowego są typowe dla wieku (53 lata), więc zapisał swoje leki. Przeciążenie kręgosłupa nie powinno dawać aż takich objawów, bo nic bardzo złego w kręgach się nie dzieje – kolejne medykamenty. Lecące na łeb na szyję ciśnienie regulowano na swój sposób – Gutronem (midodryna). Zaburzenia depresyjne – typowo, psychotropami. Nic, kompletnie nic nie pomagało, a zaczynało być gorzej.

Grudzień 2017 – czy to choroba Parkinsona?

W grudniu 2017 roku obok uszkodzenia układu autonomicznego regulującego m. in. ciśnienie krwi doszły objawy neurologiczne. Ruchy Wojtka zrobiły się bardzo powolne, „obliczane” – zaczął zawodzić automatyzm konkretnych czynności. Nawet takie zadanie jak pokrojenie chleba wymagało od niego większej uwagi i znaczniejszego skupienia niż zwykle. Szybko pogorszył się wzrok, doszedł także bardzo niepokojący objaw – sinienie rąk i nóg, co zostało następnie scharakteryzowane jako „objaw Raynauda”.

W międzyczasie prowadziliśmy diagnostykę na własną rękę: badania krwi poza niską hemoglobiną i hematokrytem nie wskazywały na nic szczególnego. Czasami pojawiał się wysoki Odczyn Biernackiego (OB), co mogłoby świadczyć o stanie zapalnym w organizmie. Zidentyfikowano również raz odchylenie od normy w przypadku CRP (podwyższone). Nieco za wysoki cholesterol oraz glukoza również nie naprowadzały na nic konkretnego.

Obserwując Wojtka można było odnieść wrażenie, że to zaczątek nieco smutnej, choć niewpływającej na oczekiwaną długość życia choroby. Podejrzewając „Parkinsona” udaliśmy się do neurologa, który jedynie na podstawie objawów wymierzył nam solidnego kopa „w korale” powodując odtąd, że tajemnicza choroba ojca stała się naszą rodzinną obsesją. Nikt nie chciał powiedzieć nic bardzo konkretnego, nikt też w ogóle nie chciał go leczyć – bo wydawało się, że jakiegokolwiek leczenia po prostu nie ma.

Zanik wieloukładowy – czyli „Pan umiera”

Wywiad oraz krótkie badanie neurologiczne pozwoliły stwierdzić lekarzowi, że Wojtek choruje na zanik wieloukładowy (MSA – multiple system atrophy), chorobę neurodegeneracyjną z grupy alfa-synekluinopatii (podobnie jak choroba Parkinsona, czy postępujące porażenie nadjądrowe), dla której typowe są objawy parkinsonowskie i/lub móżdżkowe w połączeniu z zaburzeniami układu autonomicznego regulującego m. in. ciśnienie krwi, potliwość. MSA w porównaniu do choroby Parkinsona postępuje niebywale szybko: nie ma okresów remisji, obserwuje się jedynie stały postęp, który ostatecznie doprowadza do śmierci chorego: najczęściej w ciągu do 7 lat od postawienia diagnozy.

Sam lekarz nie wyjaśnił nam wtedy jakie jest rokowanie i nawet nie podjął się żadnego leczenia. Napomknął jedynie o tym, że jeżeli rzeczywiście nastąpiło ukąszenie kleszcza, to warto je sprawdzić. Rokowanie w MSA jest wręcz koszmarne, a leczenie… jedynie objawowe. Specjalista nie zdołał powiedzieć o tym wprost: resztę doczytaliśmy sobie w domu. Odtąd zadawaliśmy lekarzom mnóstwo pytań, nie zawsze uzyskując jakiekolwiek odpowiedzi.

Styczeń 2018 – szukamy opinii drugiego neurologa. W międzyczasie myślimy o boreliozie

Zanik wieloukładowy doskonale zgadzał się z tym, co dolegało Wojtkowi. Niemniej, woleliśmy skonsultować się z innym specjalistą, znacznie wyższej rangi. Udaliśmy się więc do Warszawy, do profesora neurologii, który specjalizuje się w parkinsonizmach, również w zaniku wieloukładowym. W trakcie wizyty uzyskaliśmy dla nas całkiem dobrą informację – zasadniczo pacjent jest „zdrowy” neurologicznie, ale objawy mogą wskazywać na inną jednostkę chorobową, tzw. pure autonomic failure, który związany jest z ograniczeniem się niekorzystnych zjawisk jedynie do autonomicznego układu nerwowego. Profesor, będący również kierownikiem kliniki neurologii zapisał jednak ojca do kolejki przyjęcia do jego oddziału, gdzie jego przypadek miał zostać rozpatrzony drogą rozszerzonej diagnostyki.

Oczekując już na pobyt w warszawskim szpitalu zrobiliśmy badania w kierunku boreliozy. Najpopularniejszy bodaj w Polsce test – ELISA wyszedł pozytywnie w klasie IgM – jako świeże zakażenie. Bingo – coś już wiemy. W klasie IgG jeszcze nie odnaleziono przeciwciał, ale można było się tego spodziewać, przynajmniej tak powiedział lekarz. Wynik testu należy potwierdzić: lekarz rodzinny polecił udać się do poradni chorób zakaźnych, gdzie wykonano „test potwierdzenia” – jak nam się to wtedy wydawało. Wynik: negatywny. Nie zadając już wtedy żadnych pytań uznaliśmy, że borelioza jest właściwie wykluczona.

A dalej było coraz gorzej

Niskie ciśnienie, związane z tym zawroty głowy i paskudne samopoczucie (Wojtek miał wrażenie, że jest chory, „zatruty”) szybko postępowały, a na dodatek pojawiły się zachwiania równowagi. W międzyczasie doszły poważne problemy z głosem – tak, jakby została porażona krtań. Chrapanie, które zawsze doskwierało nasiliło się na tyle, że słychać było go nawet w pokojach obok – i to bardzo wyraźnie. Dodatkowo, doszła anizokoria – jedno oko w niektórych sytuacjach było wyraźnie mniejsze od drugiego. Wtedy już było doskonale wiadomo, że sprawa ma istotnie charakter neurologiczny.

Na pobyt w szpitalu w Warszawie czekaliśmy właściwie pół roku – w tym czasie tajemnicza choroba postępowała szybko i stale. Niemniej, zaciekawiły nas okresy, w których było względnie „ok” oraz takie, w których było widać jak na dłoni, że Wojtek czuje się naprawdę paskudnie. Pojawiły się drętwienia rąk i nóg, a ponadto skóra na dłoniach oraz stopach zrobiła się zwyczajnie „brzydka” – tak, jakby należała do kogoś znacznie starszego. Po pewnym czasie także nastąpiło wyłysienie nóg do kolan. Pewne jest to, że zanik wieloukładowy nie jest w stanie powodować takich objawów – zwyczajnie nas to zaciekawiło.

borelioza

Warszawa dokopała nam po raz drugi: zanik wieloukładowy typu autonomicznego

Neurolodzy na całym świecie wyróżniają dwie (zasadniczo trzy) postacie zaniku wieloukładowego. Pierwszy z nich to MSA-P z przewagą objawów parkinsonowskich. Drugi natomiast to MSA-C z przewagą objawów móżdżkowych. Bardzo, bardzo rzadko, ale zdarza się tzw. MSA-MC (minimal change), czyli zanik wieloukładowy minimalnej zmiany, gdzie w rezonansie magnetycznym obserwuje się zmiany w mózgu ograniczone głównie do istoty czarnej. Do pewnego czasu uważano, że zespoł Shy’a – Dragera można przypisać do zaniku wieloukładowego typu autonomicznego, aczkolwiek obecnie porzucono tego typu podział. Jest MSA-C, MSA-P i ewentualnie MC.

Pobyt w warszawskim szpitalu upatrywaliśmy jako koniec drogi diagnostycznej w przypadku Wojtka. Badania wyszły… źle. O ile morfologia nie zdradziła nic ciekawego, tak już czynności prowadzone przez neurologów wskazały na raczej poważne, aczkolwiek subtelne zmiany. Neuropatia w prawej stopie potwierdzona badaniem EMG. Potwierdzono hipotonię ortostatyczną w próbie pionizacyjnej, a na aparatach służących do oceny chodu, równowagi wykazano, że występują istotne zaburzenia. Chód odbywa się na poszerzonej postawie, a dodatkowo równowaga nieco leży.

Lekarze zidentyfikowali wtedy jeszcze jednostronny objaw Babińskiego sugerującego uszkodzenie drogi korowo – rdzeniowej. Wykazano dodatkowo łagodną ataksję móżdżkową – poza tym nie było bardzo źle. Zastanawiający dla wszystkich lekarzy był jednak obraz rezonansu magnetycznego mózgowia: podejrzewając już zanik wieloukładowy spodziewano się typowych dla tej choroby znalezisk: zanik skorupy, mostu, konarów środkowych móżdżku lub móżdżku. Co prawda diagnosta mając „wbite” w kartę badania postanowił jednak zaznaczyć cechy zaniku tych elementów, ale neurolodzy oglądając zapis nijak nie mogli tego zidentyfikować. W porównaniu z badaniem sprzed niemal roku nie znaleziono żadnych istotnych zmian sugerujących jakikolwiek związek z podejrzewaną jednostką chorobową.

Mimo pewnych nieoczywistości oraz moich sugestii (sygnalizowałem, że kleszcz był, rumień także, antybiotyk był podawany zbyt krótko i właściwie od tego czasu wszystko zaczęło się sypać) zbyto mnie – borelioza powinna dać porażenie nerwu twarzowego: bez tego nie ma o niej mowy. To jawna bzdura – nie u każdego pacjenta występuje nawet ten nieszczęsny rumień: właściwie, to trzeba mieć spore szczęście, aby on wystąpił.

Ostatniego dnia pobytu ojca w szpitalu zaproszono nas obu na konsylium, gdzie ostatecznie rozpatrywano jego przypadek. Wiecie, poczułem się wtedy jak w The Trial Pink Floyd – choć nie sądzono go za wyłamanie się z konwenansów, to mimo wszystko obraz „osądu” był naprawdę smutny. Który lekarz chciał jeszcze coś powiedzieć, zbadać Wojtka w sali konferencyjnej – miał ku temu świetną okazję. Mało tego – badaniu poddano nawet mnie. Czy jestem w stanie trafić palcem w nos? Czy wyciągnę ręce przed siebie i utrzymam je z zamkniętymi oczami? Czy po pociągnięciu mnie za tułów od tyłu wywrócę się, czy utrzymam postawę? Ja z tymi testami problemu nie miałem, Wojtek natomiast jeden po drugim oblewał. Świetnie.

Konsylium nie miało wątpliwości – zanik wieloukładowy typu autonomicznego. Leczenie? Jedynie objawowe – zasadniczego nie ma. Co dalej? Jak najdłużej pozostać człowiekiem aktywnym. Mało tego, szpital pobierze materiał do badania genetycznego: prowadzone są tam badania odnośnie związku parkinsonizmów z genami. Sugestia dla mnie: „Pan też niech sobie zrobi badania genetyczne i… uważa”. Super – nie dość, że mój ojciec umiera, to w dodatku to samo może dziać się ze mną.

Będę pacjentem jednym na milion

Czasami zazdroszczę swojemu ojcu woli walki w każdej sytuacji, pozytywnego nastawienia mimo krytycznie złych sytuacji. Mimo świadomości, że MSA to droga bez sensownego wyjścia, a jedynym – generalnie najmniej sensownym jest bolesna, uwłaczająca wręcz śmierć (bo co to za śmierć, kiedy człowiek leży na łóżku, nie jest w stanie się poruszać i jest zależny od innych?) postanowił, że będzie walczył i zwyczajnie się nie podda. Zarówno ja, mama i siostra uznaliśmy, że też się nie poddamy i wykluczymy to, co lekarze uznali za nieistotne. Dla świętego spokoju.

Krótko po powrocie z Warszawy umówiliśmy się na wizytę do neurologa w Sandomierzu – po to, aby sprawdzić, czy choroba nie postępuje w badaniach diagnostycznych. Zasadniczo my widzieliśmy, że z tygodnia na tydzień jest coraz gorzej. Wysiadanie z auta dla ojca stało się udręką – podobnie zakładanie, czy zdejmowanie butów, ze względu na postępujący niedowład w stopach. Kilkukrotnie zdarzało mi się, że przejmowałem od niego samochód, bo widziałem, że sobie zwyczajnie nie radzi z obsługą pojazdu – mimo automatycznej skrzyni biegów. Jazda manualem to już notoryczne palenie sprzęgła – nogi są potrzebne do naciskania pedałów, a to stawało się coraz trudniejsze.

Neurolog w Sandomierzu najpierw uznał, że „po co my przyszliśmy do niej, skoro byliśmy u Profesora”? Celowo nie podaję nazwisk specjalistów – nie mam interesu w tym, by rozliczać lekarzy za zaniechania, brak chęci dogłębnego zdiagnozowania jego przypadku. To jest w tym momencie nieistotne. Tyle dobrego udało nam się uzyskać, że ojciec w połowie lipca miał pojawić się na oddziale neurologii w tym mieście celem rozszerzonej diagnostyki.

borelioza

W międzyczasie postanowiłem sam przejrzeć dokumenty medyczne – tych jest cały stos. Zaciekawiło mnie jedno badanie zlecone przez poradnię chorób zakaźnych w kierunku boreliozy. Zasadniczo, tę chorobę w standardowym toku diagnostyki sprawdza się najpierw testem ELISA, a następnie uzyskuje potwierdzenie badaniem Western Blot. W przypadku Wojtka była to… ELFA – metoda równorzędna dla ELISA i charakteryzująca się podobną efektywnością, która jest… cóż. Niska.

Wielu pacjentów szukających odpowiedzi zahaczając o boreliozę uzyskuje fałszywie ujemne wyniki, przez co lekarze uważają, że konkretna osoba nie przechodzi żadnego odkleszczowego zakażenia. Uznałem, że nie ma na co czekać i poleciłem ojcu wykonać samodzielnie test Western Blot. Bingo – wynik w klasie G był co prawda „graniczny”, ale dodatni. Jak stwierdził diagnosta – przeciwciała nie pojawiają się we krwi z niczego i to stanowi już jakiś trop.

Pobyt w Sandomierzu nie wniósł natomiast niczego nowego – zbadano ojca pod kątem boreliozy bazując na krwi oraz płynie mózgowo-rdzeniowym. Wynik ELISA i Western Blot był już wtedy negatywny, w każdej klasie. Morfologia ponownie nie wykazała niczego ciekawego, a badania fizykalne były typowe dla człowieka z parkinsonizmem. Tyle, że „ogólny” test płynu mózgowo-rdzeniowego pasował do toczącego się zakażenia – podwyższone nieznacznie białko, niskie chlorki oraz obecny odczyn Pandy’ego (przy braku cytozy). Neurolodzy na tym oddziale postanowili wykonać także MRI mózgowia, które w stosunku do dwóch poprzednich badań nie różniło się niczym – a powinno przy obecności takich objawów. Uznano, że stan Wojtka nijak ma się do MSA i równie nijak do… boreliozy, bo testy przecież nie pokazały niczego.

Nie wzięto pod uwagę dziwnych wyników płynu mózgowo – rdzeniowego, który jasno wskazywał na to, że dzieje się coś złego i podejrzenie powinno paść od razu na zakażenie. Tyle, że badania serologiczne nie wskazały na nic – uznano je za absolutny pewnik i Wojtka wysłano do domu. W zanadrzu mieliśmy jednak jeszcze wizytę u specjalisty chorób zakaźnych w Katowicach, zainteresowanego szczególnie boreliozą. Co nam szkodzi? W tym momencie już chyba nic.

Jak zacznie się Pan leczyć, to Pan nie umrze. Ale gdyby leczenia nie było…

Wizyta w Katowicach wyjaśniła właściwie wszystkie nasze podejrzenia. Pozytywne wyniki testów nie biorą się z niczego, a sama obecność rumienia po ugryzieniu kleszcza sprzed ponad roku to już dowód na to, że do zakażenia doszło. Mało tego – zapisany antybiotyk na trzy dni wcale nie był efektywny. Negatywne wyniki natomiast biorą się stąd, że albo człowiek już nie wytwarza przeciwciał, albo krętek borelii przechodzi w formę cysty i… czeka. Czeka na dogodny moment, aż będzie warto zaatakować – na przykład wtedy, gdy układ odpornościowy jest mocno osłabiony.

Między innymi dlatego boreliozę trudno jest uchwycić nawet czułymi metodami badań – zwłaszcza, gdy ta przechodzi w formę przewlekłą. Dodatkowo, jej objawy mogą imitować różne choroby – od MSA właśnie aż po stwardnienie rozsiane, a nawet stwardnienie zanikowe boczne. Specjalista o którym mowa leczy obecnie człowieka z tym ostatnim rozpoznaniem – okazało się jednak, że to wcale nie „nieznany czynnik” spowodował chorobę, lecz właśnie krętek boreliozy.

W przypadku Wojtka zakażenie jest natomiast bardzo stare – starsze niż ostatni zarażony kleszcz. Ojciec pamięta w dzieciństwie mnóstwo ugryzień tych gnojków – wtedy jeszcze nikt nie zwracał na nie uwagi. Bardzo możliwe, że ostatni kleszcz spowodował wyciągnięcie boreliozy z uśpienia i ta od maja poprzedniego roku atakowała bardzo szybko. To, że mamy do czynienia z boreliozą jest natomiast pewne: spuchnięte nogi, acrodermatitis, objawy neurologiczne przy prawidłowym obrazie MRI, zaburzenia w płynie mózgowo-rdzeniowym wskazujące na zakażenie bakteryjne oraz okresy poprawy przeplatane z „rzutami” – MSA nie postępuje w ten sposób.

Specjalista orzekł więc ewidentną boreliozę – czekamy jedynie na wyniki badań koinfekcji i Western Blot KKI w dwóch klasach. Tyle, że robimy je głównie dla siebie, by mieć „na papierze”, że mamy do czynienia z tą jednostką chorobową. Ojciec otrzymał recepty na antybiotyki – terapia jest bardzo agresywna i niestety kosztowna, ale to nic w porównaniu do tego, co mogłoby dziać się potem. Gdybyśmy czekali jeszcze kilka miesięcy, to Wojtek wylądowałby na wózku i nie byłoby czego ratować. W jego przypadku po pewnym czasie możemy spodziewać się poprawy, a nawet całkowitego cofnięcia się objawów.

Borelioza (neuroborelioza) – objawy u Wojtka

U Wojtka stwierdzono szczególną postać boreliozy, w której objawami dominującymi są te pochodzące z układu nerwowego. Oprócz tego występują również te z innych układów:

  • zaburzenia równowagi
  • objawy parkinsonowskie (spowolnienie ruchowe, sztywność mięśniowa, łagodne zaburzenia kognitywne)
  • objawy móżdżkowe (dysrefleksja, niezborność ruchowa, drżenia zamiarowe, zaburzenia chodu)
  • sinienie rąk i nóg w odpowiedzi na zimno (objaw Raynauda)
  • anizokoria (nierówne źrenice)
  • uszkodzenie układu autonomicznego (niedociśnienie ortostatyczne, niedobór potu)
  • uczucie porażenia kończyn
  • neuropatie (polineuropatie obwodowe)
  • nieprawidłowe wyniki płynu mózgowo-rdzeniowego
  • chrypka, trudności w wysławianiu się
  • brak siły, uczucie rozbicia
  • nietolerancja niskich i wysokich temperatur
  • szybka męczliwość
  • opuchlizna nóg, jedna kostka wyraźnie większa od drugiej
  • acrodermatitis (pergaminowa skóra, łysienie nóg do kolan)
  • zaburzenia układu moczowo – płciowego
  • niezwykle głośne chrapanie (stridor oddechowy)
  • częste zrywy miokloniczne w trakcie snu
  • zaburzenia snu fazy REM (odgrywanie snów w rzeczywistości)
  • refluks żołądkowo-przełykowy, osłabione ruchy perystaltyczne przełyku
  • trudności z połykaniem pokarmów
  • nietolerancja alkoholu, niskie dawki powodują poważne upojenie
  • nawracające zajady, opryszczki

Co dalej?

Wojtek będzie żył, o ile będzie się leczył. Jako, że borelioza jest już bardzo zaawansowana, leczenie będzie długie, żmudne i wymagające pewnych wyrzeczeń. Dodatkowo, koszt leków jest zawrotny, ale na szczęście w naszym zasięgu. Na pewno nie byłoby tak źle, gdyby już pół roku temu zająłby się nami ktoś, kto nie pokpiłby sobie udziału kleszcza w tej sytuacji.

Pierwsze efekty leczenia powinny być widoczne już po dwóch miesiącach – po pokonaniu bakterii do końca i po przebyciu zespołu poboreliozowego, Wojtek ma szansę być zupełnie normalnym facetem po pięćdziesiątce. Czekają nas jeszcze „herksy”, tj. reakcje Jarischa-Herxheimera, kiedy to zabijane krętki uwalniają do krwi neurotoksyny. Nie są to bardzo niebezpieczne incydenty, ale warto wtedy pomóc choremu – ten może nie być w stanie nawet wyjść z łóżka. Dodatkowo, będzie to kolejny dowód na słuszność włączonej terapii.

Co mogę powiedzieć Wam na koniec? Uważajcie na kleszcze. Za każdym razem, gdy znajdziecie u siebie takiego „gościa”, udajcie się do lekarza. Usuńcie go pęsetą, ale zróbcie to w prawidłowy sposób. Jeżeli uważacie, że nie dacie sobie z tym rady – wybierzcie się do specjalisty.

Zasadniczo, nie musicie pamiętać ugryzienia kleszcza. Może zrobić to nawet młoda forma tego pajęczaka – nimfa, którą możemy pomylić z brudem, ziarenkiem maku. Dodatkowo, możemy nawet nie zaobserwować rumienia wędrującego typowego dla rozwoju boreliozy. Kiedy męczy Was tajemnicza choroba, lekarze wysyłają Was do psychiatrów i uważają, że „macie coś nierówno pod sufitem”, a dalej czujecie się źle – dla świętego spokoju warto pomyśleć o boreliozie i ewentualnie ją wykluczyć.

Życzę Wam zdrowia i mam nadzieję, że Was nie spotka to samo, co mojego ojca. Nasz upór spowodował, że człowiek będzie żył i jeszcze bardzo długo będzie cieszył się każdym kolejnym dniem. Gdyby nie to – wkrótce byśmy go pożegnali: mimo leczenia na wyciągnięcie ręki.

About the author

Tags from the story
, ,